|
czwartek, 22 lipca 2010
Salowa podczas sprzątania służbowej toalety na jednym z oddziałów znalazła test ciążowy i świecącą w ciemności prezerwatywę. Wiadomość rozprzestrzeniła się lotem błyskawicy i trwają zakłady skąd wzięło się to dziwaczne znalezisko. Oczy wszystkich (zwłaszcza panów) kierują się w stronę brzuszków pracujących u nas pań (wcześniej bardzo często były to cycki).
Na zabiegowców padł blady strach - operacje planowe stoją pod znakiem zapytania ze względu na to, że w naszym szpitalnym banku krwi można podziwiać głównie puste półki. W tej chwili każdy worek KKCz (koncentrat krwinek czerwonych) jest 100 razy oglądany przed wydaniem. Na dzień dobry spadły dwie endoprotezy - jedna się odbyła, bo pacjent sie połamał. Okazało się, że z hemoglobinką u niego nie za dobrze więc ortopedzi rozbili bank. Gwóźdź do trumny wbiła chirurgia - pacjentka z wielkim wrzodem zamiast żołądka. Co roku w wakacje tak to wygląda - pamiętam jak kilka lat temu dzwoniłem do Centrum (był problem z oznaczeniem grupy krwi i dobieranie KKCz do transfuzji musiał się odbywać w RCKiK) i pani z labu powdziała, że nie mam po co wysyłać próbek - krwi naszej pacjentce nie dobiorą, bo nie mają z czego. *** Pacjent: siostra mi przywiozła wodę z Grabarki. Ponoć świetna na dolegliwości gastryczne, uratowała jakieś tam miasto od epidemii sraczki. Ja: to były Siemiatycze i to była cholera. Pacjent: a przy cholerze nie ma sraczki? Dyżurka. Wchodzi Marzena. Marzena: co robisz? Grześ: mamy ciasto od pani Krysi. Marzena: zaspakajanie niskich instynktów to grzech. Ja: przyjemność jest dobra. Nie może być grzechem. (śmiech) Ja: a to podwójna przyjemność, bo ciasto ma mniam nadzienie.
*** Rozmowa z pacjentem. Ja: pali pan? Pacjent: ależ skąd panie doktorze. Ja: pana palce mówią coś zupełnie innego.
poniedziałek, 19 lipca 2010
Nasi ortopedzi to ostatnio istoty bardzo niezdecydowane. Na jednym planie pacjent ma mieć artroskopię kolana lewego, a drugim prawego. Po telefonie na oddział udało nam się w końcu ustalić wspólną wersję - zaglądać będziemy do wnętrza kolana nózi lewej. Prawej póki co damy spokój. Przy okazji tej sytuacji wspominaliśmy poprzedniego ordynatora ortopedii, który miał czasami problemy z rozróżnianiem prawej i lewej strony. Miał za to spore poczucie humoru więc pewnego dnia gdy na stół trafiła jedna z naszych pielęgniarek postanowiono zrobić mu mały kawał. Po przybyciu na salę ordynator ku swojemu zdziwieniu na jednej z kończyn znalazł wielką kokardę z napisami "zgadnij, którą kończyną jestem?" i "zoperuj mnie tu i teraz". Pomylenie kończyn albo stron (np. zoperowanie lewej nogi zamiast prawej) ponoć zdarza się bardzo rzadko. Niemniej jednak są procedury, które mają temu zapobiegać (odpowiednie oznaczanie operowanej strony, kończyny albo konkretnego palca, który ma być operowany). Oprócz tego nasze ISOwskie procedury zakładają obrączkowanie pacjentów idących na zabieg i tych uczulonych na medykamenty. *** Rezydent: dziwne przepisy tu macie... Ja: dlaczego? Rezydent: godziny odwiedzin, godziny udzielania informacji, nie udzielacie informacji przez telefon... Marzena: to nie sklep gdzie można wejść i zapytać ile kosztuje szynka. *** Ja: bierze Pan jakieś leki przeciwbólowe? Pacjent: paracetamol od czasu do czasu. Żona: czego łżesz! bierzesz leki garściami i popijasz alkoholem! Ja: gdyby Pana żołądek umiał mówić powiedziałby w zasadzie to samo.
To mi przypomniało pewną pacjentkę z SORu. 16 lat, przyszła z mamą, ból brzucha. Matka jest zdania, że to pewnie wyrostek robaczkowy. Matka poszła załatwiać papiery... córka prosto z mostu, że przyszła zrobić test ciążowy, bo bzykała się bez zabezpieczenia, a te testy apteczne ponoć gówno warte.
niedziela, 18 lipca 2010
Prośba Zbyszka (wrzucam tutaj, będzie bardziej widoczna): "Może polecilibyście mi jakiegoś dobrego lekarza o szerokim zakresie wiedzy i doświadczeniu z Łodzi lub okolic, który znałby się na takich przypadkach jak mój?? Chciałbym sie udać do dobrego lekarza, który by wnikliwie podszedł do moich problemów, bo na razie na takiego nie trafiłem. Będę wdzięczny"
czwartek, 15 lipca 2010
Dobrze więc będzie o praktykantach i stażystach. Wchodzę do zabiegowego. Pacjent siedzi na krzesełku, stażystka będzie go kłuć. Ma już przygotowany zestaw, zaznaczyła sobie nawet linię flamastrem. Ja: punkcję lędźwiową lepiej robić na leżąco. Stazystka: ale ja mu spuszczam płyn z opłucnej. (w planie była jeszcze pleurodeza) Gdyby znalazła jakiś płyn kłując w tamtym miejscu (tak się składa, że opłucna znajduje się nieco wyżej) to bym się mocno zdziwił.
Jest też student używający ochraniacza na obuwie w charakterze czepka.
Opatrywanie odlezyny u pacjenta. Przygląda się student, ktory jest ciekawy jak to wygląda. Oprócz tego jest jeszcze oddziałowa i pielęgniarz Darek. Po zdjęciu opatrunku rozpoczęła się zabawa pt. "łapiemy mdlejącego studenta". Jak zwykle wygrał Darek - ma chłopak do tego dryg. Swego czasu mieliśmy pacjenta, który sam usuwał sobie cewnik moczowy (oczywiście nie przestrzegając jakichkolwiek zasad aseptyki). Pewnego razu świadkiem tej "operacji" była studentka I roku, która miała praktyki pielęgniarskie. Niestety jej nie miał kto złapać i trochę się potłukła.
Oczywiście obecność studentów wywołuje wspomnienia kadry lekarskiej z czasów kiedy sami byliśmy studentami. Pamiętam jak pacjent na mnie haftnął w czasie badania (potem dopiero się dowiedziałem, że z obmacywaniem trzeba ostrożnie). Potem miałem podobny przypadek - dzidzia na mnie sikła w czasie badania. Kolega próbował natomiast włożyć pacjentce cewnik moczowy do macicy, bo mu się dziurki pomyliły. Pamiętam też przypadek studentki, która zakładała venflon bez nadzoru. Założyła kaniulę i chciała pobrać krew do strzykawki. Krew nie leciała więc dziewczyna wpadła na genialny pomysł i chciała przepchać kaniulę wkładając do niej spowrotem mandryn. Operacja skończyła się tym, że ucięło kaniulę i kawałek został w naczyniu pacjenta.
wtorek, 13 lipca 2010
Żegnaliśmy ostatnio pacjenta. Pan P., lat czterdzieści kilka. Stan wegetatywny. Powinien był trafić do odpowiedniej placówki (ZOL - zakład opiekuńczo-leczniczy). Niestety miejsc w takich placówkach jest jak na lekarstwo więc pacjenci leżą na OITach. Nasz pacjent miał już okazję trafić do jednego ZOLu, ale wrócił do nas po tygodniu z powodu znacznych problemów z oddychaniem (to nic, że u nas nie miał z tym żadnyh problemów). Oby tym razem miał więcej szczęścia. Pana P. żegnał praktycznie cały oddział. Dziwnie nam bez niego jakoś.
*** Wezwanie do kolonoskopii. Przed wykonaniem badanie per rectum i wprowadzeniem przyrządu lekarz wykonujący zadał pacjentce sakramentalne pytanie "czy przygotowała się Pani odpowiednio do badania?". Pacjentka powiedziała, że zrobiła wszystko jak kazali. O słowności pacjentki przekonaliśmy się chwilę później - oprócz sporej ilości kału gastroenterologowi udało się znaleźć w jelicie pacjentki parę pestek ;] *** Wezwali mnie do pacjenta po punkcji lędźwiowej, który zamiast grzecznie sobie leżeć wstał i podreptał zapalić papierosa, a teraz go boli głowa. Na tej samej sali leży znany z licznych pobytów pan G. z POChP (przewlekłą obturacyjną chorobą płuc), ktory kategorycznie chce leżęć na sali bliżej łazienki. W czasie wizyty u pacjenta popunkcyjnego zażądał ode mnie dwa albo trzy razy, żebym poszedł do ordynatora i to załatwił. Pacjent łazik mówi, że ten jego ból głowy to pewnie wynik ciągłych głośnych krzyków pana G. Po kolejnym koncercie pana G. zdecydowałem się załatwić sprawę ;] Ja: panie G. chce pan sale bliżej łazienki? G: tak! Ja: załatwię panu przeniesienie na trójkę. To ta sala obok dyżurki więc i tak pan sobie w kibelku nie zapali.
*** Na koniec - coś z kategorii ciekawostek. Pacjent do endoprotezy biodra. W czasie wizyty przedoperacyjnej pytam czy miał może oznaczaną grupę krwi. Pacjent miał nawet przy sobie wynik - z 1979 roku ;] Miał wpisaną grupę A1 Rh plus/minus. Po powtórnym zbadaniu okazało się, że ma jednak A1 Rh-, a krew do operacji trzeba mu dobrać w Centrum.
niedziela, 27 czerwca 2010
Jest sobie pan B. Pan B. ma przejść zabieg ortopedyczny. Twierdzi, że poza bolącym biodrem, które ma być operowane, nic mu nie dolega i czuje się zdrowo. Po zrobieniu podstawowych badań okazuje się, że pan B. ma nadciśnienie, cukier dobijający do 400, niską hemoglobinę. Pełen obaw zleciłem dodatkowo badanie moczu i EKG. W moczu zwiększona ilość białka. Nad EKG kardiolodzy jeszcze się głowią, ale niewykluczone, że coś ciekawego w nim dojrzą. Pan B. najpierw szedł w zaparte twierdząc, że nic o nadciśnieniu i cukrzycy nie wie, wyniki kłamią, bo on czuje się świetnie. Potem twierdził, że miał "jakieś tam drobne objawy", ale nie było to nic wielkiego Ostatecznie przyznał się, że zdaje sobie sprawę z cukrzycy i nadciśnienia, ale nie ma zamiaru się leczyć, bo jak zacznie brać tabletki to mu się zdrowie posypie zupełnie. Zresztą on tu przyszedł zrobić biodro więc mamy mu zrobić to biodro, wypuścić do domu i dać święty spokój. W końcu jak mu uświadomiłem, że nowego biodra w takiej sytuacji nie będzie (złe wyniki, poza tym jak wysiąda mu nerki w wyniku powikłań nieleczonej cukrzycy to i tak sobie nie pofika) zgodził się łaskawie na przyjęcie na wewnętrzny. Taki pacjent jest trochę jak jajko z niespodzianką. Różnica taka, że dzieci nie mogą się doczekać, żeby zobaczyć jaka kryje się w środku zabawka, a takiego pacjenta czasem lepiej zostawić w spokoju. Jak się go zacznie dokładnie diagnozować, owa niespodzianka może zwalić z nóg. Zaprzeczanie i wypieranie choroby to zabójczy mechanizm. Co prawda na początku jest cudownie, miło i przyjemnie (nie ma choroby - nie ma kłopotów i jest szczęsliwość wielka). Niestety przychodzi taki czas, że choroba atakuje nagle i z impetem (podobnie jak kamienie nerkowe). Zmęczenie też może tak atakować :D USA USA Występuje SR (senior resident) i Pit. SR: zrób to, to i to Pit: yep, yep SR: i to i to też Pit: yep yep Rezydent poszedł robić swoje, a Pit yep na stół i robi sliiip.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Niedawno stuknęło dwa lata. Dzisiaj dwa miliony odwiedzin. Pora na kolejny anatomiczny kejk. Smacznego ;)
Dla osób spragnionych i nie mogących żyć bez very prajwat informejszyn abałt maj lajf. Motocykl jest już passe, przesiadłem się na nowy środek lokomocji.
Poza tym mam nowe hobby:
czwartek, 17 czerwca 2010
Mówiąc krótko - "to tekst o gównie, którego nikt nie chciał sprzątnąć" (buziaki cmokasy dla autorki tegoż stwierdzenia). Każdemu się czasem zdarza dokonać aktu defekacji w bardziej lub, mniej nietypowym miejscu. Jedna z pacjentek zrobiła to na bloku, na stole operacyjnym. Operator miał minę jak kot srający na pustyni, asysta taką, jakby na sali wylądowało UFO. Pielęgniarki zaczęły się dziwnie krzątać (pewnie szukały transparentów z napisem "E.T. go home" coby przegnać to UFO ujrzane przez chirurga asystującego).
Ten ekhem wypadek obnażył wybrakowanie naszych ISO procedur - procedury związanej z defekacją na bloku operacyjnym nie ma. Na szczęście uzupełniono haniebny brak i stworzono odpowiednią procedurę (mówiącą między innymi o tym, kto ma to wszystko posprzątać). *** Ja: pani B. coś stolca ani widu ani słychu. Pani B: doktorze ja mam hemoroid. A jak coś mi pęknie i się wykrwawię?!
Na dyżurze smaczna kawa i świetne towarzystwo pielęgniarek operacyjnych. Pozdrowienia dla Anny Marii Wu ;) |
Archiwum
moje gg: 13816037 |