|
piątek, 30 marca 2012
Przyjąłem dzisiaj na OIT 7 letnią dziewczynkę z objawami ciężkiej niewydolności nerek. Znaczne przewodnienie, 2x napady drgawek. W końcu doszło do zatrzymania akcji serca, ale na szczęście udało się przywrócić rytm. Dziecko jest w tej chwili dializowane - nie znosi tego zbyt dobrze, nadal jest niestabilne. Jak się okazało dziecko leczy się nefrologicznie od urodzenia z powodu wady anatomicznej układu moczowego. Początkowo rodzice pojawiali się regularnie na kontrolach, aplikowali dziecku niezbędne leki i tak dalej. W pewnym momencie (gdy mała miała 4 lata) zniknęli z horyzontu i przestali się zgłaszać na wizyty. W sumie przerwa w leczeniu trwała aż 3 lata. Po wyprowadzeniu dziecka z ciężkiego stanu trzeba będzie się zastanowić co dalej. Zapewne będzie dializowane do momentu przeszczepienia. W Norwegii 50% przeszczepów nerek stanowią przeszczepy rodzinne. W Polsce ten odsetek, z tego co pamiętam, oscyluje wokół 2%. Póki co nie wiadomo czy któreś z rodziców zdecyduje się na zrobienie badań i ew. oddanie nerki dziecku. Za wcześnie jeszcze, żeby o tym dyskutować.
środa, 14 marca 2012
Targ Cudowności trwa dalej... Z plwociny pacjenta rosyjskiego wyhodowano pięknego M. tuberculosis. Nic dziwnego skoro w preparacie bezpośrednim z plwociny prątków było co nie miara. Cały lab zbiegł się oglądać. Prątki na szczęscie okazały się wrażliwe na standardowe leczenie więc pacjent trafił tam gdzie jego miejsce i dzielnie łykał zalecone proszki. Oddział nie zdążył ochłonąć po pulmonologicznej niespodziance gdy pojawiła się kolejna - tym razem transfuzjologiczna. Pacjentka z grupą krwi A i przeciwciałami anty-A wywołała nie mniejsza furorę niż pacjent z Tbc. Zwłaszcza, że czekała ją operacja wycięcia tego i owego i przydałoby się zamówić krew. Gdy problem pacjentki z dziwną grupą krwi został rozwiązany (przy dużej zasłudze fasoli) przywieziono pacjenta z ICD. To takie wszczepiane pacjentowi urządzenie, które w przypadku wystąpienia groźnej dla życia arytmii wali pacjenta prundem (w sercu znajduje się elektroda). Czasami urządzenie włącza się w innych przypadkach - u tego pacjenta w przeciągu 24h urządzonko strzeliło ponad 40 razy. Doktory z izby przyjęć byli zaskoczeni żywotnością małego aparaciku. Piwo już dawno dostarczono i skonsumowano ;)
poniedziałek, 12 marca 2012
Przyjęli na chirurgię Rosjanina w trybie dyżurowym. Zoperowali i było git. Niestety pacjent nie wyraził wdzięczności i zaczął torturować doktorów głośnym kaszlem niczym "trup zza grobu" (tak rzekł młody norweski lekarz prowadzący pacjenta). Z racji tego, że koncerty, zwłaszcza nocne, zaczęły wszystkim przeszkadzac postanowiono przyjrzeć się sprawie bliżej. Wysłano mnie celem zebrania z pacjentem bardzo dokładnego wywiadu (z datą pierwszej polucji włącznie). Pacjent ucieszony, że sobie porozmawia w języku ojczystym opowiedział mi o swojej rodzinie, między innymi o tatusiu, który mieszka w Moskwie i kaszle jeszcze bardziej przeraźliwie niż on. Pacjent twierdził, że dostawał nawet jakieś antybiotyki na to zapalenie oskrzeli, ale przestał brać, bo w ogóle mu nie pomagały. Mając już w zasadzie gotowy pomysł na rozpoznanie podpowiedziałem młodemu coby zlecił focię PA klatki piersiowej, ewentualnie zdjęcie w projekcji Przybylskiego. Zajęło mi trochę czasu wytłumaczenie mu co to w ogóle za projekcja i jak trzeba ustawić pacjenta, żeby wyszło zdjęcie jak ta lala. Zdjęcie zostało wykonane, wyrwane radiologowi z ręki zanim jeszcze zdążył je opisać i powieszone na negatoskopie. Doktory młode oglądają i zastanawiają się co to w ogóle może być. Całą zabawę przerwał inny doktor z Polski, który przyszedł na konsultację do jednego z pacjentów. Spojrzał na zdjęcie i... Doktor (po polsku): Maciej powiedz im w końcu, że to pewnie gruźlica jest. Ja: założę się o skrzynkę piwa, że jak usłyszą hasło tæring to im kopary opadną, bo w życiu gruźlicy nie widzieli.
Dostawa piwa jutro, prosto pod dom ^^
czwartek, 01 grudnia 2011
niedziela, 30 października 2011
Dałem się wrobić w dyżur na SORze. Udało mi się dwa razy uniknąć obrzygania przez ofiary dyskotekowej gorączki, ale co się nawdychałem to moje. Zabawa zaczęła się w chwili gdy przywieziono dwóch pijanych panów. Pokłócili się na dyskotece i postanowili porozmawiać w wiadomy sposób na zewnątrz lokalu. Rozmowa skończyła się rozciętym łukiem brwiowym, złamanym nosem, masą sińców i zadrapań. Jeden z panów miał ponad półtora promila alkoholu we krwi, drugi przekroczył próg dwóch promili. Co ciekawe starcie wygrał delikwent będący bardziej pod wpływem. Czyżby alkohol działał niczym napój druida Panoramixa? Jakieś pół godziny przywieziono jeszcze jednego delikwenta z tej samej dyskoteki. W ramach podzięki za wspaniałą opiekę zwymiotował do kosza w pokoju zabiegowym. Dla wszystkich fanów dyskotekowego szaleństwa jeden z disco hitów z dawnych lat. Ze specjalną dedykacją dla Oskara:P
(dla chętnych: piosenka w całości leży sobie np. tutaj).
sobota, 15 października 2011
Mamy na oddziale bardzo dziwnego pacjenta. Zaczęło się od tego, że powiedział pielęgniarce, że ma cukrzycę i musi dostać insulinę. Sęk w tym, że gdy zbieraliśmy wywiad niczego takiego nie sygnalizował. Oznaczyliśmy glikemię, okazało się, że ma ją w granicach normy. Dzień później, w czasie dyżuru zgłosił silny ból zamostkowy. Lekarzowi dyżurnemu powiedział, że jest po zawale mięśnia sercowego i prawdopodobnie właśnie ma drugi. Enzymy sercowe ujemne, w echo bez żadnych odchyleń od normy, podobnie EKG w czasie i po napadzie też w normie. Dzisiaj przyszedł do mnie i powiedział, że chce wyjść na przepustkę, bo jego brat zginął w wypadku samochodowym. Tymczasem kolega, który do niego przychodzi czasem powiedział, że pacjent na 100% jest jedynakiem i nigdy żadnego brata nie miał. Pora chyba po raz kolejny wezwać do niego psychiatrę. Małą sensację zrobiła za to pacjentka, która przyszła do nas z trzema różnymi wynikami grupy krwi. Zdaniem trzech różnych laboratoriów ma grupę O Rh+, ARh+ albo ARh-. Obstawialiśmy nawet, który z tych wyników jest prawidziwy. Po wysłaniu krwi do pracowni dawców RCKiK okazało się, że pacjentka ma grupę ARhDu. Dzięki temu wygrałem butelkę całkiem dobrego wina.
sobota, 08 października 2011
Odprawa. Wszyscy lekarze już siedzą z historiami, nerwowo wertują dokumentacje i swoje notatki. Przychodzi Szef, siada, nie mówi nic. Czekamy.... Nagle otwierają się drzwi, wchodzi doktor W. siada na krześle. Chwilę potem pada sakramentalne pytanie "Co mamy dziś do jedzenia?" To znak, że odprawę czas zacząć.
Po odprawie zostałem wypchnięty na posiedzenie komitetu transfuzjologicznego. Omawiano przypadek pacjentki, która po operacji wstawienia endoprotezy dostała 3j KKCz (całkiem zasłużenie zresztą). Przetoczenie skończyło się silną biegunką. Ktoś rzucił hasłem, że może to być pierwszy objaw wstrząsu poprzetoczeniowego i rozpętała się mała panika. W końcu okazało się, że córka pacjentki postanowiła poratować mamusię przynosząc jej własnoręcznie przygotowaną kapustkę. Mamusia zjadła wszystko na raz i wyszło jej to bokiem (a raczej dołem). Na szczęście wstrząs pokapustny nie spowodował trwałego uszczerbku na zdrowiu chorej. Pamiętam zresztą podobny przypadek - tam winna była fasolka po bretońsku, a pacjent z niedokrwistością zareagował salwą odgłosów wojennych.
Po komitecie dostała mi się sedacja przy gastroskopii. Pacjent 15 letni. W trakcie wywiadu przed sedacją okazuje się, że choruje na WZW typu C. HCV to skutek tatuażu - dziecko chciało mieć taką samą dziarę jak swój idol, rodzice ochoczo się zgodzili. Skończyło się wirusem i problemem do końca życia.
środa, 28 września 2011
Siedzę i przeglądam książkę prób zgodności. Zza ściany słychać nagle niecenzuralne słowa o męskich narządach rozrodczych, kobietach lekkich obyczajów i inne takie tam. Ruszyliśmy z koleżanką sprawdzić z kim kłoci się koleżanka nazywana przez nas pieszczotliwie Pypetą. Wchodzimy, patrzymy.... Pypeta wydziera się na wirówkę do wykonywania mikrotestów... - Zepsuło się cholerstwo no! Ze śledztwa dotyczącego śmierci/zabójstwa wirówki wynikło co następuję: Pypeta wsadziła testy do wirówki, wcisnęła guziczek. Wirówka ruszyła, po chwili piardła i padła. Nie ma wyjścia - trzeba odpalić Raketę. Raketa to wirówka starszej generacji, nieco hałasująca podczas pracy (wydaje dźwięki jak startujący wahadłowiec). Włożyliśmy probówki, wcisnęliśmy stosowne guziki i... nic. Wirówka nawet nie jęknęła. Bez ręcznej defibrylacji się nie obędzie! Łupnąłem wirówkę dwa razy z pięści i... ruszyła! Uwielbiam nowoczesne technologie;]
niedziela, 25 września 2011
Awantura na bloku operacyjnym. Cud, że się nie zaczęli ciąć skalpelami i kłuć trokarami w ramach pojedynku w obronie honoru i zranionego ego. Trwa operacja, chirurdzy sobie dłubią. Asystujący prosi o narzędzie, pielęgniarka podaje. Słychać syk i brzęk narzędzia upadającego na podłogę. A potem się zaczęło. Doktor rzekł, że pielęgniarka źle podaje, za mocno i w ogóle on nie może tak pracować, nie może tak operować, bo narzędzia lecą. Pielęgniarka na to bardzo spokojnie, że doktor źle wystawił rękę, a ona tak podaje od wielu lat. Podobnie zresztą robią jej koleżanki, które od niej między innymi uczyły się instrumentować. Reakcją na kolejne wąty doktora było stwierdzenie, że miejsce dla delikatnych to raczej dermatologia, a nie chirurgia. Rozgorzała więc dyskusja na temat tego jak należy instrumentować. Jako przykład dobrze pracującej pielęgniarki doktor wymienił siostrę PeŁan (która zwykła nazywać pean peŁanem). Atmosferę podgrzała instrumentariuszka "brudna" trzeźwym stwierdzeniem, że to co robi PeŁan trudno nazwać instrumentowaniem. Najczęściej bowiem rzuci narzędziem "na zielone" i operujący sam musi sobie narzędzie wziąć. Gorąca dyskusjo-awanturę zakończyło stwierdzenie ordynatora, że takie rzeczy trzeba załatwiać poza salą operacyjną. W obliczu koalicji chirurgiczo-anestezjologicznej zawiązanej w obronie siostry Ikony doktor skapitulował. Do końca zabiegu panowała grobowa cisza (nie licząc krótkich wydawanych co jakiś czas komend). Po zabiegu Ikona przeprosiła go co prawda za uwagi ad personam, ale doktor miał minę "ta zniewaga krwi wymaga" i nie wiadomo co to z tego będzie.
sobota, 24 września 2011
Wywołałem na oddziale wielką konsternację ;] Pacjent do planowego zabiegu w znieczuleniu ogólnym. Chory jest otyły co może dawać problemy z intubacją, proszę więc o otwarcie ust celem zbadania. Stan uzębienia pacjenta bardziej niż tragiczny, górne i dolne jedynki nadają się do generalnego remontu. Pytam pacjenta czy jest w stanie przed zabiegiem (termin ma za 2 tygodnie) zaliczyć wizytę u dentysty. Chory na to, że nie widzi takiej potrzeby. Poinformowałem go, że w czasie intubacji może dojść do uszkodzenia uzębienia. W jego przypadku ryzyko jest większe, bo intubacja może być trudna, a jedynki machają mu się na wszystkie strony. Pacjent zagroził, że jak mu coś wyłamiemy to nas pozwie o odszkodowanie. Skończyło się na tym, że zażądałem konsultacji stomatologa i ewentualnie wykonania RTG jeśli dentysta uzna, że są ku temu wskazania. |
Archiwum
|