Z życia pewnego szpitala.
Kategorie: Wszystkie | Prywatne | Szpitalne
RSS
poniedziałek, 21 lipca 2014

 Blog zostanie reaktywowany po moim powrocie z Tel Awiwu - w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wyjące syreny i konieczność zbiegania do piwnicy źle wpływa na pisarską wenę.

Całego tego antyizraelskiego hejtu opartego na hasłach typu "żydostwo precz", "Żydzi do gazu", "zniszczyć Izrael, wybić Żydów" nie rozumiem do dzisiaj - cieszę się, że wyjechałem i to wszystko już za mną.



02:33, morphiusz
Link Komentarze (14) »
czwartek, 13 marca 2014

 Przeszukując ostatnio kartony z rzeczami znalazłem dwie klamki przypięte do smyczy na klucze. Wziąłem nawet jedną z nich do pracy celem pochwalenia się kolegom nietypowym znaleziskiem.

 Pierwszą klamkę otrzymałem z wielkim namaszczeniem od mojej opiekunki, gdy zaczynałem staż podyplomowy na oddziale psychiatrii. Kazała mi jej strzec jak oka w głowie - po paru dniach oczywiście zgubiłem ją, sam nie wiem gdzie. Pani doktor rzekła, że na początku często się to zdarza i opowiedziała i jedną z wielu historyjek ze swojej pracy zawodowej. Okazało się, że zgubiła swoją klamkę w najgorszym możliwym momencie - na dyżurze, gdy zachciało jej się siku okazało się, że klamka przepadła jak kamień w wodę.

 Po zgubieniu pierwszej klamki dostałem drugą - przypiętą do smyczy na klucze - miało to zapobiegać przed jej zgubieniem. Początkowo nosiłem ją na szyi, podobnie jak część personelu. Wyglądało to co najmniej dziwnie - klamki nowoczesne, klamki w stylu bardziej retro, różne wzory i kolory. Po kolejnej historyjce pani doktor, o tym jak to jeden z pacjentów postanowił zdobyć klamkę zrywając ją z szyi doktora, moja "ozdoba" zniknęła z szyi i powędrowała do kieszeni fartucha.

 Innym nieodłącznym elementem szpitala, w którym stażowałem były misternie poukrywane gniazdka elektryczne. Pacjenci ze schizofrenią często twierdzili, że w gniazdkach znajdują się mikrofony rejestrujące wszystkie wypowiedzi pacjenta. Nagrania te miały być potem puszczane w telewizji i wykorzystywane przeciwko chorym.

 Nieodłącznym elementem dyżurów były, mrożące krew w żyłach, opowieści personelu na temat pacjentów. Prym wiedli w tym pracownicy oddziałów psychiatrii sądowej o wzmożonym nadzorze, a opowiadane historie krążyły niezmiennie wokół morderstw przy pomocy rozmaitych narzędzi (tłuczek do mięsa, nóż rzeźnicki, nożyczki i tym podobne).

 Kolejna klamka trafiła w moje ręce w momencie, gdy rozpoczynałem pracę na oddziale psychiatrii jako anestezjolog. Nieco inny kontakt z pacjentami niż na stażu, ale i tak nasłuchałem się co nie miara. Jeden z pacjentów stwierdził kiedyś, że zabieram innych chorych do pokoju, wycinam im mózgi, a potem kucharki gotują rzeczone mózgi i podają je na obiad. Chory był o tym święcie przekonany, bo zjadł mózg kolegi z sali i słyszał potem jego myśli. Opowiadał o tym potem wszystkim napotkanym osobom - nawet listonoszom i przedstawicielom medycznym przychodzącym reklamować leki.



środa, 20 listopada 2013

http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/1045644,gdansk-w-uck-zmarl-pacjent-ktoremu-podano-zla-grupe-krwi,id,t.html

 

Kolejny przykład na to, że rozporządzenia i procedury w polskich szpitalach są po to, żeby je łamać ;]

czwartek, 14 listopada 2013

 Do pokoju wchodzi pielęgniarka K. i mówi, że proszą mnie do znieczulenia. Pytam więc co mam znieczulać. Po usłyszeniu odpowiedzi myślałem, że to jakaś pomyłka albo po prostu nie rozumiem co K. do mnie mówi (K jest z północy i mówi dialektem, który czasami cięzko mi zrozumieć). Okazuje się, że o pomyłce nie ma mowy i proszą mnie do "coca-coli w odbycie".

 Pacjent rzeczywiście miał w anusie butelkę coca-coli - na szczęście bez zawartości. Chory posiadał specyficzne poczucie humoru, bo na pytanie jak to się stało odparł, że popsuł mu się wibrator i wziął to co było pod ręką. Mina nieco mu zrzedła, gdy nazajutrz w szpitalu pojawiła się żona, która zadawała zdecydowanie zbyt wiele niewygodnych pytań ;]

 Nie zdążyliśmy się jeszcze otrząsnąć po aferze butelkowej, gdy w szpitalu pojawiła się 16 latka z krwawieniem z dróg rodnych. Po zebraniu wywiadu i badaniu okazało się, że przyczyną krwawienia jest uraz spowodowany zbyt intensywnym uprawianiem seksu. Razem z pacjentką w szpitalu pojawił się sprawca urazu - mocno przerażony całą historią - z prośbą o zbadanie czy z jego penisem wszystko jest ok. Okazało się, że narząd wyszedł z tej historii bez szwanku. Nie można tego niestety powiedzieć o reszcie ciała sprawcy - w szpitalu pojawił się ojciec dziewczyny i postanowił samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość krzywdzicielowi jego ukochanej córeczki.

 Pacjentka po zaopatrzeniu urazów została wypisana do domu, jej partner po zszyciu łuku brwiowego takoż. Tatuś z mocno stłuczoną rączką musiał u nas zostać nieco dłużej ;]

piątek, 09 sierpnia 2013

 Ostatnio w środku nocy zadzwonił do mnie kolega z pracy i wyjęczał do słuchawki, że umiera w wielkich bólach. W związku z tym mam przyjechać i ulżyć mu w cierpieniach - uśmierzyć ból albo najlepiej zabić go tu i teraz.

 Po przyjeździe okazało się, że owo umieranie spowodowała kamica nerkowa ^^ Znajomy z wielce zbolałą miną orzekł, że jego własna żona porzuciła go stwierdzając, żeby tak nie jęczał, bo o prawdziwym bólu nie ma żadnego pojęcia. Swoje zdanie umotywowała faktem urodzenia dwójki dzieci, siłami natury, bez żadnego znieczulenia.

 Uratowałem kolegę od bolesnej i niechybnej śmierci przy pomocy mojego zestawu przetrwania. Zawiera on zapas leków przywiezionych z Polski, których tutaj szukać próżno (ew. są, ale zarejestrowane jedynie do użytku weterynaryjnego). Kolega cudownie postawiony został na nogi, na szczęście nie pytał o to co znalazło się w strzykawce.

 Koledze zebrało się na wspominki - wspominaliśmy między innymi kryzys maślany, kiedy to przed świętami zabrakło masła. Po prostu norweski monopolista nie wyrobił się z produkcją, konieczne było obniżenie cen i sprowadzenie masła z zagranicy. Niektórzy udawali się też po masło do Danii. Parę lat temu był też kryzys związany z brakiem papieru toaletowego, o czym wielu Norwegów wolałoby już chyba nie pamiętać. Zdarzają się też problemy z dostępem do alkoholu - bywa, że półki Vinmonopolet święcą pustkami ze względu na strajki.

 Ostatnio w pracy jeden z chirurgów katuje nas tradycyjną muzyką Saamów. Muzyka jest całkiem całkiem, ale w takich ilościach staje się nieznośna. Pół biedy jeśli katowanie ogranicza się do puszczania stacji radiowej skierowanej do Saami, ale ostatnio w kółko słuchaliśmy jednego kawałka:

poniedziałek, 29 lipca 2013
środa, 17 lipca 2013

Rozmawiałem z kolegą z Polski, pracującym w jednym ze szpitali.

Ostatnio w czasie zabiegu imadło rozpadło mu się w ręce - ze starości, tyle razy już było sterylizowane i w ogóle. Wylądowało tam gdzie jego miejsce - w śmietniku. Władza zamiast kupić nowe instrumentarium postanowiła wystosować pytanie czy to starożytne imadło można wyjąć ze śmieci i jakoś doprowadzić do stanu używalności.

 W innym szpitalu, jak wieść gminna niesie doszło do zmian u władzy. Nowe zwierzchnictwo rozpoczęło akcję przewietrzania kadry - dosłownie i w przenośni. Dwóm doktorom podziękowano, jeden uratował stołek zgadzając się na udział w 'ekskluzywnych wczasach zagramanicznych'. Oczywiście wszyscy wiedzą, że ta zagramanica leży w Polsce, a oddział leczenia uzależnienia od alkoholu nie jest hotelem all exclusive.

 Poprzedniemu dyrektorowi niby to przeszkadzało i próbował jakoś z tym wszystkim walczyć, ale każdy kto widział zawartośc dyrektorskiego barku był świadom jak ta walka wyglądała. W dodatku gdy dyrektora zaatakowała kamica żółciowa kazał, mimo wielkich boleści, odtransportować się do innego szpitala celem zoperowania.

 Zapytałem kolegę co w środowisku i naszym kraju ogólnie piszczy. Wspominał coś o wielkiej wojnie o Kodeks Etyki Lekarskiej. Jak widać w naszym kraju wystarczy powiedzieć kilka bredni oraz komunałów na określony temat, zaatakować kogo trzeba i kariera w prasie gwarantowana. W tle wielka wojna o kasę ze składek i wielkie oczekiwanie czy NFZ zdechnie dokumentnie w tym roku, czy może pożyje jeszcze trochę dłużej. Liczących na szybki zgon Wielkiego Monopolisty zapewne zaalarmował fakt, że do Polski przyjechał ksiądz Bashobora, który ma na koncie rzekomo kilka udokumentowanych wskrzeszeń.

 Tak poza tym pracuję, mam się dobrze i nieco się nudzę - brakuje mi polskich walk o nic i innych takich tam atrakcji. Na szczęście zamówiłem sobie prenumeratę "Polityki" na mojego Kindle'a, więc dozuję sobie adrenalinę i głupoty odpowiednimi porcjami.



22:27, morphiusz
Link Komentarze (20) »
sobota, 23 marca 2013

 Stuknęło mi 4 miliony kliknięć.

Fęk, fęk, fękju wery macz i w ogóle ju noł.

 

Niedługo minie już 5 lat. Stara dupa już jestem - od dzisiaj każdy kto wchodzi bloga będzie płacił złotówkę. Zbieram na lifting wszystkiego ;]

 Rozmawiamy sobie o pacjentach.

Szef pyta jak tam  wyniki pana Z, który trafił do nas z ostrym uszkodzeniem nerek i jest u nas dializowany. Wyrecytowałem wyniki morfologii, gazometrii i jonów z dnia wczorajszego i dzisiejszego wywołując dłuższą ciszę. Potem nastąpił czas testu czy pamiętam też wyniki innych moich pacjentów.

 Wytłumaczyłem więc, że to wszystko przez jednego z byłych moich szefów, który wymagał uczenia się wyników badań na pamięć i recytowania ich  potem z głowy w czasie obchodów codziennych. Sprowokowało to dyskusję o tym kto jakich kiedyś tam miał szefów, o ich podejściu do personelu, różnych dziwactwach i innych takich.

 W lecznictwie ambulatoryjnym, jak się to ładnie zwykło nazywać, równie ciekawie.

Pacjentka po przeszczepie nerki przyszła twierdząc, że graft przestaje działać. Na pytanie dlaczego, jej zdaniem, nerka nie funkcjonuje jak należy stwierdziła, że jak śpi to ta nerka do niej gada, a ostatnio gadać przestała więc coś jest nie tak. Wyniki badań na szczęście nie potwierdziły obaw pacjentki (kreatynina 0,9mg/dl, w moczu wsio ok).

 Na kontrolę wpadł pacjent, którego skierowałem na leczenie itrem. Stwierdził, że czuje się świetnie i nic go nie boli. Stwierdził tylko, że jego mąż śmieje się z niego, że w nocy świeci się na zielono. Powiedziałem mu, że dopóki nie chce go używać do produkcji ciepła i energii elektrycznej wszystko będzie w porządku ^^

sobota, 16 lutego 2013

 Mamy pacjenta zagramanicznego, który ma zagramaniczne dokumenty - rozpoznanie po łacinie, takoż opis badania hist-pat.
Rozpoznanie poniekąd dziwne, bo nikt nie wiedział dokładnie co to tajemnicze iecurititis może w zasadzie znaczyć. W końcu po mojej skromnej uwadze, że iecur to po łacinie wątroba gremialnie stwierdzono, że pacjent ma bliżej niezidentyfikowane zapalenie wątroby. 


 Potem okazało się, że pacjent co prawda miał WZW typu A, ale to z czasów jak jeszcze włóczył się po Mongolii i innych podobnych rejonach świata. Przy okazji musiałem wysłuchać opowieści (wspartej przez bardzo ciekawą w odbiorze pantomimę) o tym jak to pacjent "walił w klozet" i rzygał dalej niż widział, aż go o mało z hotelu nie wywalili za zapaskudzenie łazienki i zapchanie kibla. 
 Tak czy siak w końcu ustalono rozpoznanie ostateczne, pacjent trafił na odpowiedni oddział i jest odpowiednio leczony, stosownie do swoich dolegliwości.


 Mieliśmy też pacjenta pochodzącego z Islandii, z którym żaden z naszych doktorów nie był w stanie się po islandzku dogadać. Orzekli wspólnie, że nie wiedzą po jakiemu on do nich gada. Z angielskim też było krucho, o dziwo udało się całkiem znośnie dogadać z pacjentem w języku rosyjskim. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38